Wspinaczka w Tonsai

Wspinaczka w Tonsai

Usiłując pokonać nie małych rozmiarów górkę i pocąc się przy tym niezmiernie , klęłam w duchu. Dlaczego my nigdy nie potrafimy usiąść spokojnie na tyłku?! Przecież obiecaliśmy sobie, będąc na Bali, że w Tajlandii stawiamy na relaks i odpoczynek, spędzimy co najmniej kilka dni na tak zwanym „nic nie robieniu”, wylegując się gdzieś na plaży pod palmą. Nadrobimy zaległości w spaniu i pozałatwiamy parę przyziemnych spraw, takich jak chociażby odświeżenie naszych CV i skonstruowanie listu motywacyjnego ( tak, wszystko co dobre szybko się kończy i musimy niebawem zacząć ogarniać się od nowa)I co? Plan był dobry ale nie bardzo wszedł w życie. Tak o to właśnie maszerujemy w pełnym słońcu z Railay Beach do ukrytej po drugiej stronie małej miejscowości Tonsai. Dlaczego? A to dlatego, że dość szybko znudziło się nam odpoczywanie i postanowiliśmy się powspinać. A z tego co się dowiedzieliśmy, to miejsce jest jednym z lepszych do uprawiania wspinaczki skałkowej.
Uff, w końcu docieramy- wody!!! Tonsai okazuje się spokojnym i przyjemnym miejscem z zaledwie kilkoma restauracjami i kawiarenkami w hippisowskim stylu.

Tonsai

Tonsai

Tonsai

Tonsai

Wszędzie dookoła pełno palm i hamaków, niewiele ludzi, no trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie. Ale zaraz, zaraz. To co zastajemy na plaży, zdecydowanie nie miło nas zaskakuje- pełno też tutaj śmieci. Generalnie plaża wygląda jakby właśnie przeszło tutaj tsunami.

Tonsai i jej gorsze oblicze

Tonsai i jej gorsze oblicze

Troszkę to psuje nam obraz tego miejsca, całe szczęście nie przyjechaliśmy tutaj wylegiwać się na plaży. Wypożyczamy kajaki i postanawiamy po raz pierwszy powiosłować na morzu. To wcale nie takie łatwe, zwłaszcza, że morze dzisiaj wzburzone. Buja nami, oj buja ale za to ile frajdy mamy. Zwiedzając okolice postanawiamy zatrzymać się na sąsiedniej plaży, chwila kąpieli i wskakujemy do kajaka aby popłynąć dalej. A raczej próbujemy wskoczyć, fale przy brzegu są jeszcze większe. Marek przytrzymuje kajak, a ja usiłuje na niego wskoczyć, walka trwa chwilkę a kończy się to tak : fala porywa i przewraca kajak, a w kajaku ja, ląduje na piasku, kajak na mnie a nasze rzeczy w morzu. Wstaje, śmiejąc się i próbując złapać chociaż nasz aparat. Podbiegają dwie dziewczyny i pewnie tylko dzięki nim nie tracimy całej reszty ekwipunku. Przynajmniej wesoło było 😉

Tonsai

Tonsai

-Marek wstawaj!- jak co dzień rano usiłuje dobudzić największego śpiocha,chociaż muszę przyznać, że nawet mi ciężko dzisiaj wstać. To pewnie wina naszego łóżka, udało się nam znaleźć tani nocleg bo za zaledwie 25 zł, teraz leżąc „połamana” zastanawiam się czy nie lepiej było dopłacić i wyspać się jak człowiek. Nauczka na następny raz, przed zapłaceniem należy przetestować łóżko.
Ok zrywamy się, szybkie śniadanie i lecimy się powspinać. Ostatni raz wspinaliśmy się jakieś dwa lata temu wiec mam obawy czy aby na pewno podołam. No nic, trzeba znowu przełamać swój strach,wytężyć siły i spróbować swoich możliwości. Skałki są dość strome ale jest co najmniej kilka dróg wspinaczkowych więc zarówno amator jak i profesjonalista znajdzie tu coś dla siebie. Tutejsze agencje oferują nawet kilku dniowe kursy wspinaczkowe i jak widać chętnych nie brakuje. Skałki dają nam niezły wycisk ale też frajdę. Zdecydowanie warto było tutaj przyjechać.

Tonsai

Tonsai

Tonsai

Tonsai

Po południu usiłujemy się przedostać do Ao Nang- stamtąd będzie nam łatwiej przedostać się do Bangkoku. Okazuje się jednak,  że wcale nie jest to takie łatwe, zazwyczaj wygląda to tak, że kupujesz bilet, wsiadasz i jesteś ale nie tutaj. W porcie dowiadujemy się, że musimy poczekać na większą grupę, najlepiej sześć innych osób a biorąc pod uwagę, że teraz jest niski sezon i ludzi niewiele będzie to raczej niemożliwe. Czeka tutaj też trójka chłopaków z Javy, ich celem również jest Ao Nang. Chcemy połączyć siły i popłynąć razem, niestety oni zakupili już bilety, których my zakupić tutaj nie możemy(nie pytajcie mnie dlaczego…?!) No nic, to czekamy, nasza dwójka, ich trójka i jakaś piątka Tajów, rzekomo tutaj pracujących i czekających na klientów. I o to mają już całą piątkę, jesteśmy gotowi zapłacić troszkę więcej a trójka z Javy chce nawet kupić nowe bilety, niestety nie wiedzieć czemu panowie nie chcą nas zabrać. Po dobrych dziesięciu minutach dyskusji i tłumaczenia w końcu udaje się nam ich przekonać. Czasem zmaganie z tutejszymi zasadami nie jest łatwe, ma to też swoje uroki, zawsze jest co opowiadać;)

Leave a reply
Captcha Click on image to update the captcha .