Skarby Karaibskiego wybrzeża Kolumbii

Skarby Karaibskiego wybrzeża Kolumbii

Zanim jeszcze dotarliśmy do Kolumbii nasłuchaliśmy się od innych podróżników sporo dobrego na temat tego kraju. Każdy, ale to każdy przedstawiał Kolumbię w samych superlatywach. Nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy nie podnosić naszych oczekiwań na podstawie zachwytów innych. Wiadomo, że każdego cieszy coś innego, zwłaszcza, że zdarzyło się już nie raz, że coś co zachwyciło innych, na nas już nie koniecznie wywarło tak wielkie wrażenie. Pozostaliśmy neutralni, aczkolwiek ogólny zachwyt nad Kolumbią, wzbudził w nas jeszcze większą ciekawość.

Teraz po ponad dwóch tygodniach możemy oznajmić wszem i wobec, iż zdecydowanie Kolumbia wymiata!

Jak już nie raz wspominaliśmy, fanami dużych miast nie jesteśmy, więc sam fakt, że bardzo polubiliśmy Medellin, już wiele znaczy. To Kolumbijskie miasto wywarło na nas bardzo dobre wrażenie: czysto, idealna pogoda oraz lokalizacja, która po prostu powaliła nas na kolana. Duży wpływ na pozytywny odbiór tego miasta, ma pewnie też wpływ, że mogliśmy go poznać z naszymi znajomymi.Pierwszą część naszej przygody w Kolumbii postanowiliśmy spędzić na wybrzeżu, z Medellin udaliśmy się w stronę Santa Marta, skąd naszym celem był Tayrona Park.

Tayrona Park to jedno z tych miejsc, które znajdziecie w każdym przewodniku, jedno z tak zwanych must see w Kolumbii. Jest ono popularne nie tylko wśród zagranicznych turystów ale również Kolumbijczyków. My wyjeżdżaliśmy z Parku w sobotę rano i przed wejściem ustawiła się już długa kolejka samochodów oraz busów z turystami, dlatego odradzamy wizytę w weekend.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale od początku, jak się tam dostać? Z Santa Marta łapiemy jednego z często kursujących busów i po około godzinie jazdy jesteśmy u bram Parku Tayrona. Tam płacimy wstęp 35000 cop i ruszamy dalej. Do żadnej z plaż w Tarona Park nie dociera transport zmechanizowany. Od ostatniego parkingu gdzie docierają samochody do pierwszej plaży jest godzina pieszej wędrówki, a do ostatniej 2h. Możliwości są dwie, można całą trasę przejść na własnych nogach lub podzielić ją na przejażdżkę minibusem (300 cop), a następnie przesiąść się na grzbiet konia (32000 cop/os). Noclegów nie ma tutaj aż tak dużo, jest kilka kampingów gdzie można wynająć namiot, hamak lub cabanas (małe domki letniskowe). Pierwsze kampingi są ulokowane w Arrecifes, warto najpierw popytać o cenę, w pierwszym rozbicie własnego namiotu kosztowało 21000 cop (!) a w trzecim już tylko 7 000 cop. Bardzo popularny i oblegany jest camping Cabo San Juan, jednak poza piękną lokalizacją musimy stwierdzić, że jest nie warty swojej ceny. Za rozbicie własnego namiotu, życzą sobie 15 000 cop od os.,a w zamian oferują tylko 3 prysznice na jakieś 200 użytkowników, więc wyobraźcie sobie sami te poranne i wieczorne kolejki.

Tayrona Park mimo, że tak popularny, tak oblegany, nie najtańszy, jest warty odwiedzenia. Dżungla spotykająca się tutaj z morzem Karaibskim tworzy piękny krajobraz, a przy odrobinie szczęścia, można spotkać nawet małych mieszkańców tego lasu:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Palomino- nie wielka miejscowość położona nad morzem to dla nas bardziej miejsce na krótki przystanek, niż miejsce docelowe, dla którego warto byłoby specjalnie udać się, aż tak daleko. Palomino oferują spokojną atmosferę oraz ładną długą plaże, nie przepełnioną turystami. Idealne miejsce do tak zwanego, nic nie robienia i temu też tam się oddaliśmy.:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

La Guajira to miejsce, które zdecydowanie ulokuje się wysoko w rankingu miejsc odwiedzonych podczas tej podróży. Tak jak już Wam wspominaliśmy La Gujira to miejsce gdzie pustynia spotyka się z morzem, tworząc przepiękny krajobraz, tak fotogeniczny, że ciężko było nam oderwać się od aparatu. Złocisty kolor piasku, błękit nieba oraz turkusowy odcień morza po prostu zachwyca. Panujący upał, łagodzony jest lekką bryzą, dzięki czemu skwar nie jest wcale tak uciążliwy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cabo de la Vela sprawia wrażenie zapomnianej wioski na końcu świata. Turystów tu raczej nie dociera wielu. Cała osada to po prostu długa ulica, z kilkoma sklepikami, restauracjami oraz bardzo prostymi domkami. Na samym końcu znajdują się może dwie, trzy szkoły kitesurfingu. Życie płynie tu wolno i spokojnie, toczy się własnym rytmem. Rano ten sam kierowca który przywiózł nas tu dzień wcześniej, robi rundkę po wiosce, zbierając czasem mieszkańców, a czasem tylko ich zamówienia i udaje się do miasta, po to aby późnym popołudniem wrócić przepełniony po brzegi zaopatrzeniem. W między czasie pojawia się cysterna z wodą, uzupełniając wielkie kubły stojące przed każdym domem. Wieczorem wioska ożywia się, otwierają się restauracje, mieszkańcy zbierają się przy sklepach i toczą dyskusję lub oglądają wspólnie seriale w telewizji. Wciąż nikomu nigdzie się nie spieszy, właścicielka sklepu przysypia na krześle, więc aby dostać butelkę wody trzeba najpierw ją obudzić, a na hamburgera czy homara czeka się co najmniej godzinę, będąc jedynym klientem w restauracji. Ale to nic, nam przecież też się nie spieszy, a dzięki temu jest czas na refleksję nad tym miejscem, który jest domem dla tych ludzi, domem tak przecież innym od tego znanym nam. W XXI wieku mamy wszystko czego dusza zapragnie, a nawet więcej, żyjemy w pośpiechu, oczekujemy wszystkiego na już i zazwyczaj nasz skomputeryzowany świat nam tego dostarcza. Tutaj ma się wrażenie jakby czas zatrzymał się w miejscu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To co nas chwyciło tutaj za serce to szwendające się wszędzie wychudzone do granicy możliwości psy, ochoczo zajadające się naszym suchym chlebem oraz dzieci, które tym razem nie wyciągają rączek po słodycze czy nasze kolorowe bransoletki, bardziej są zainteresowane naszym baniakiem wody, dobitnie stwierdzając, że woda jest tu deficytem. Zapewne ten obraz sprawia, że w głowie maluje Ci się obraz smutnej zapuszczonej osady, a jednak ludzie tutaj na prawdę wydają się być szczęśliwi. Woda jest towarem deficytowym, nie ma wielu udogodnień, bez których my nie wyobrażamy sobie życia, jednak ci ludzie wybrali sobie właśnie to miejsce na swój dom i przystosowali się do panujących warunków. Niesamowite jest to, jak my ludzie, potrafimy zaaklimatyzować się na prawdę wszędzie. Żyjemy w górach, na wyspach, pustyniach, krainach skutych lodem, w dżungli, w zatłoczonych miastach i zapomnianych przez świat wsiach. Osiedliliśmy się po prostu wszędzie.Wszędzie jesteśmy wstanie zagospodarować kawałek ziemi, który będziemy nazwali domem, domem który pozwoli nam żyć według własnej definicji szczęścia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Praktycznie : jak dostać się do La Guajira? i co warto ze sobą zabrać?

Przed wyprawą do La Guajira zostaliśmy ostrzeżeni, że jest tam stosunkowo drogo i ciężko nam będzie dostać coś do jedzenia poza homarem oraz kozim serem i mięsem. Okazało się jednak, że mieszkańcy dbają o zaopatrzenie swoich sklepów oraz restauracji, więc bez problemu znajdziemy tam podstawowe produkty. Owszem jest drożej ale wciąż akceptowalnie. Wcześniejszy zakup baniaku wody oraz owoców będzie dobrym pomysłem.

Agencje turystyczne oczywiście oferują zorganizowane wycieczki, tym razem nawet nie pytaliśmy o cenę ale na pewno tanio nie jest. Można teź wybrać się na własną rękę. Samemu oznacza taniej ale często też trudniej i zdecydowanie dłużej. Pierwszym etapem jest wywiad środowiskowy, który prosty nie jest zwłaszcza gdy nie włada się językiem hiszpańskim, dlatego z reguły zaciągamy wiedzę z kilku źródeł, tak dla pewności, że miejscowi wiedzą o czym mowa, a nam udało się ich zrozumieć. Jeśli dwie osoby mówią że trzeba iść prosto, później w lewo, za rogiem w prawo i tam znajduje się przystanek to tak też jest. Do trudniej dostępnych miejsc, raczej bezpośrednich autobusów nie ma, więc wygląda to mniej więcej tak, że trzeba przeskakiwać z jednego busika do kolejnego. Często takie lokalne busiki, ruszają w momencie kiedy ostanie miejsce zostanie zajęte, a to trwa, czasem nawet i ponad godzinę. Cierpliwość w tym wypadku jest wręcz wymagana.

No ale dobra wracając do sedna sprawy, krótka instrukcja jak dostać się do La Guajira.

Lokalnym autobusem z Palomino, które z dziecinną łatwością złapiemy przy głównej drodze, udajemy się do Riohacha, (około 1,5 h, 10 000 cop za os.) gdzie musimy przerzucić się na colectivo (tak miejscowi nazywają taksówkę, którą dzieli się z innymi pasażerami), które zwiezie nas do Uribia (około1h, 15 000 cop za os.). Tam właśnie trzeba uzbroić się w cierpliwość, poczekać, aż kolejny środek transportu tym razem pick-up zapełni się po brzegi pasażerami i towarem. W momencie kiedy w samochodzie nie ma już miejsca, kierowca wyrusza w szalonym tępię w stronę wioski Cabo de la Vela.( wszystko zależy od kierowcy, powiedzmy, że około 2h, 15 000 cop za os.). Droga jest dość wyboista więc jest to jedna z tych przejażdżek, która raczej zapada w pamięć. Po drodze kierowca rozwozi, zamówione przez miejscowych towary, zatrzymując się też tu i tam w celach nikomu nie znanych. Cała przyjemność trwa więc, aż około 5 godzin i dostarcza wielu wrażeń!

DCIM103GOPRO

Na prawdę warto!

Poleca pozytywny skok.:)

P.S. Z Cabe de la Vela można dostać się na najbardziej wysunięty na północ punkt Ameryki Południowej – Punta Gallines, my ze względu na nasz budżet musieliśmy zrezygnować ale zdecydowanie warto  wybrać się  i tam. Cena za transport to około 100 000-150 000, w zależności od pory roku i negocjacji.

Comments ( 2 )
  1. Magda
    18 sierpnia 2015 at 19:54
    Reply

    Zdjęcia zachwycają!

    • pozytywnyskok
      pozytywnyskok
      25 sierpnia 2015 at 19:25
      Reply

      Dzięki Magda, często na żywo jest jeszcze piękniej :)!

Leave a reply
Captcha Click on image to update the captcha .