Surfowanie

Surfowanie

Australijczycy zdecydowanie nie są tak zafascynowani piłką nożną jak Europejczycy. Mają oczywiście inne dyscypliny sportu takie jak  rugby, krykiet, wyścigi konne, ale chodzi mi o sport, który uprawia się „po szkole“, tak jak u nas właśnie piłkę nożną. Odpowiedzią jest słynny surfing.

80% ludności żyje na wybrzeżu, więc ciężko się temu dziwić. Surfują wszyscy, dzieciaki, młodzi, biznesmeni po pracy jak również emeryci. Tacy surferzy z krwi i kości. Australijscy surferzy w 100% spełnili nasze oczekiwania,są dokładnie tacy jak ich sobie wyobrażaliśmy, wysocy i opaleni z długimi blond włosami, deską pod pachą. A i nie możemy zapomnieć o specyficznym australijskim akcencie i słynnym „no worries mate”:).Jesteśmy tutaj już 8 miesięcy i do tej pory tylko raz spróbowaliśmy surfowania, pełni przekonania o własnych umiejętnościach( „co my nie damy rady;)?”) wypożyczyliśmy deskę na własną rękę, co nie okazało się najlepszym pomysłem. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i przy najbliższej okazji spróbować ponownie, tym razem z instruktorem. Okazja nadarzyła się dopiero teraz, kilka dni przed wyjazdem. W Whitsundays poznaliśmy dwóch Niemców, którzy polecili nam miejscowość Agnes Water- ponoć najtańsze i najlepsze miejsce do nauki surfowania. Za ich radom udaliśmy się do wskazanej miejscowości aby zmierzyć się z falami po raz kolejny. Wynik 1-0 musi zostać zmieniony. Challenge accepted!:)  Zmotywowani ruszyliśmy w drogę, niestety po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że spóźniliśmy się 20 minut i będziemy musieli poczekać na następną lekcję do jutra, co nie bardzo było nam na rękę.Z odrobiną szczęścia, pomocą właściciela szkoły udało nam się ich przekonać aby dopisali nas do grupy jeszcze tego samego dnia. Hura!:) Jeżeli chodzi o cenę, to faktycznie była to miła niespodzianka. Za 3 godzinną lekcję z deską zapłaciliśmy 17$, co w porównaniu z np. Gold Coast (60$ za dwie godziny) robi faktycznie dużą różnicę.

Muszę przyznać, że jeżeli zaciągnie się podstawowe informacje od profesjonalistów ( a ci instruktorzy na pewno nimi byli:))to wcale nie jest to takie trudne. Można by powiedzieć, że nawet całkiem łatwe, trzeba tylko poznać odrobinę techniki, a potem już tylko chwila praktyki i już można się cieszyć z łapania fal. Wiadomo, że po jednej lekcji daleko nam do profesjonalistów(Ewelinie nawet jeszcze dalej;)) jednak nawet w amatorskiej formie sprawia to ogromną frajdę. ,A będąc w Australii to wręcz obowiązek spróbować ich narodowego sportu. Podsumowując,my kontra australijskie fale 1:1, remis- nie jest źle ale na pewne tego tak nie zostawimy i spróbujemy jeszcze raz.

Jeżeli mieliśmy okazje posurfować, to czemu by nie spróbować jeszcze sandboardingu? Najlepsze miejsce do tego to zdecydowanie Fraser Island. My jednak uderzyliśmy na wydmy tuż nieopodal do Rainbow Beach.Nasze oczekiwania co do tego sportu były wysokie, byliśmy przekonani,że to coś porównywalnego z snowboardem. Zanim jeszcze założyliśmy deski,wyobrażaliśmy sobie, że będziemy śmigać jak po stoku, tylko,że zamiast białego puchu i zimowej aury,będziemy mieć cieplutki piasek.Niestety nie wygląda to dokładnie tak. Teraz możemy powiedzieć, że bliżej temu do zjazdu na jabłuszku czy sankach niż do ekscytującego sportu jakim jest snowboarding.Koniec końców udało się nam znaleźć mały pagórek, który dał nam namiastkę tego co oczekiwaliśmy:)

DCIM100GOPRO

Leave a reply
Captcha Click on image to update the captcha .