Druga strona naszej emigracji…

Druga strona naszej emigracji…

Ostatnio sporo było o tym jak to fajnie tutaj mamy, jakie piękne widoki z okna i jak wspaniała zorza potrafi być, generalnie sielanka nie życie. Ludzie pakujcie się i wyjeżdżajcie bo nie ma nic lepszego niż emigracja! Problemy? Ale jakie problemy? Pakujesz się, wyjeżdżasz a cała reszta jak szukanie pracy, ogarnianie mieszkań, banków itp przychodzi sama. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Czas więc trochę ponarzekać, wyżalić się, pokazać że ta cała nasza emigracja z kraju do kraju też ma swoje słabe strony. Tak, przecież mówi się, że medal zawsze ma dwie strony. Zawsze powtarzam, że jak w przyrodzie tak i w życiu, równowaga musi być zachowana, więc jak jest sukces,wiele szczęścia i radości to wiedz na pewno, że gdzieś po drodze w trakcie lub przed były też i te gorsze chwilę.

A więc jak jest z tą emigracją?

W skrócie w naszym przypadku to wyglądało mniej więcej tak.
W chwili podjęcia decyzją o rzuceniu pracy w Polsce i wyjeździe za granicę chyba żadne z nas nie miało wątpliwości, oczywiście towarzyszył nam strach bo była to spora zmiana w naszym życiu ale oboje tego chcieliśmy od bardzo dawna. Nie wyjechaliśmy bo zmusiła nas sytuacja finansowa, bo Polska to beznadziejny kraj, a Polacy są zawistni, nie wyjechaliśmy też dlatego, że w Krakowie jest ogromny smog i brakuje miejsc parkingowych. Zdecydowanie, my nie z tych, którzy twierdzą, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Wyjechaliśmy bo chcieliśmy zobaczyć jak wygląda życie tu i tam. Podszkolić język, poznać nowych ludzi, zobaczyć kawałek świata, po prostu zrobić coś innego ze swoim życiem. Mieliśmy wyjechać tylko na kilka miesięcy, a zostaliśmy rok. Rok na Islandii był zdecydowanie świetną przygodą, osiągnęliśmy wszystko co chcieliśmy. Doświadczyliśmy, też po raz pierwszy w życiu uczucia tęsknoty za rodziną, przyjaciółmi, Polską, polskim chlebem i szynką.Tęsknota jest uczuciem, z którym na emigracji trzeba nauczyć się, żyć, nie da się jej zwalczyć, nawet najdłuższe rozmowy na skype nie pomagają, nie mija też z czasem, wręcz przeciwnie nasila się. Tęskni się bardzo i trzeba to po prostu zaakceptować. Tęsknota też wiele uczy, pokazuje jak bardzo ważni są dla nas nasi bliscy i kontakt z nimi. Po raz pierwszy również poczuliśmy jak to jest żyć w kraju, w którym nie jesteś wstanie wypowiedzieć nazwy ulicy na której stoisz, produktów na półce szukasz po obrazkach,a każdą rozmowę w sklepie czy w banku zaczynasz pytaniem „Do you speak english?” Całe szczęście w Islandii, praktycznie każdy odpowiada na to pytanie twierdząco, bo każdy jest w stanie porozumieć się w języku angielskim, czy to pani w sklepie, kierowca autobusu, czy tata kolegi. A to zdecydowanie ułatwia sprawę. Islandki język jest cholernie ciężki, a przy wymowie niektórych wyrazów to spokojnie można byłoby sobie połamać język, pewnie to samo mówią obcokrajowcy uczący się polskiego, mogę sobie tylko wyobrazić ile trzeba się napocić ucząc się wymowy tych wszystkich „szczerze” „chrząszcz” „czeszesz” „trzeszczą” „źdźbło” itp. Zresztą kto i po co miałby uczyć się polskiego? Ale uwierzcie mi są i tacy, my spotkaliśmy takiego jednego wariata! Misjonarza z Ameryki, mieszkającego w Anglii, uczącego się języka polskiego. Tak, my też nie mogliśmy w to uwierzyć, jak widać różne świry chodzą po tym świecie;). A wiecie co jest najlepsze? Koleś wyrecytował nam „stół z powyłamywanymi nogami” „chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie”. Wstyd przyznać ale ja do dziś nie potrafię tego wypowiedzieć… No ale wracając do tematu, my nauki języka islandzkiego nawet nie próbowaliśmy się podjąć, jednak od początku staraliśmy się załapać podstawowe słowa i przydatne zdania, np do tej pory pamiętamy jak powiedzieć „Gdzie jest bar?” ;). A tak całkiem na poważnie, warto było nauczyć się kilku wyrazów, nie tylko dla własnej satysfakcji ale i też reakcji Islandczyków, którzy automatycznie reagowali uśmiechem. Sprzedawca w sklepie był automatycznie jakiś milszy jeśli przywitaliśmy się z nim po islandzku, pani w tak zwanym „okienku” w biurze też okazała się pomocniejsza po usłyszeniu słowa dziękuje w jej ojczystym języku. Metoda sprawdzona ,nie przez nas pierwszych, działa wszędzie i na wszystkich. Mały gest, a ociepla stosunki i poprawia nasz, polaków wizerunek za granicą, który musimy przyznać, że nie jest najlepszy. Tak na emigracji zmagać trzeba się nie tylko z barierą językową ale też z stereotypami. Od kolegi na przykład dowiedzieliśmy się, że na Islandii po masowej emigracji Polaków ludzie zaczęli zamykać samochody i domy, wcześniej jakoś takowej potrzeby nie mieli- dziwne. Nie raz też, usłyszeliśmy, że Polacy się izolują, pracują i żyją tylko z innymi polakami, prawie nie mówią po angielsku, islandzkiego nie znają i nie mają zamiaru się uczyć. Przykre aczkolwiek czasem prawdziwe, podkreślam CZASEM bo uogólnianie to coś czego nie cierpię, zwłaszcza że jest cała masa Polaków, którzy godnie reprezentują nas na obczyźnie:). A chwaleni jesteśmy wszędzie bez wyjątku za pracowitość i ja sama podpisuje się pod tymi dwoma rękami i nogami. Tak między nami to powiem wam szczerze, że ciężko byłoby mi znaleźć Islandczyka, Australijczyka, Anglika czy Norwega który byłby bardziej pracowity niż polak.

Później powstał pomysł zamieszkania w Australii, to było w sumie czymś więcej niż pomysłem, to było naszym ogromnym marzeniem.Ten wyjazd niósł za sobą więcej obaw ale wizja życia w tropikalnym kraju zobaczenia kangurów i poznania ludzi z całego świata przysłoniła nam wszystko. Prawdziwe chwile zwątpienia dopadły nas dopiero na miejscu, bo dopiero tam tak na prawdę uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy km od Polski, zdani na siebie z wcale nie największym zapasem gotówki. Wyjścia nie było, więc szybko zabraliśmy się za to co najważniejsze. Tydzień chodzenia po wszystkich restauracjach, barach, kawiarniach i hotelach. Przy dziesiątym cv uśmiechasz się już tylko na siłę, przekonując w duchu samego siebie, że chcesz dostać tę pracę. A więc emigracja to ciągle poszukiwanie pracy, zwalnianie się, szukanie kolejnej, ciągłe przechodzenie przez etap bycia nowym i udowadniania jakim to się jest świetnym i niezastąpionym pracownikiem. (Tego chyba nie lubię w tym wszystkim najbardziej). Tęsknota chociaż większa niż poprzednim razem, była łatwiejsza do zniesienia, bo muszę przyznać, że jakoś pod palmami łatwiej się tęskni;). Kryzys dopadł w święta Bożego Narodzenia. Po 24 latach życia pierwsze święta poza domem, pierwsze bez choinki i barszczu z uszkami. Emigracja to nie tylko zyski, to też rezygnacje.Rezygnacja z tradycji, które towarzyszyły nam od dziecka ale przede wszystkim rezygnacja z uczestnictwa w życiu rodziny i przyjaciół,a to boli najbardziej. Czas mija szybko, a nas omija coraz więcej.To właśnie uświadomiliśmy sobie w Australii, że kiedy my jesteśmy tutaj w kranie kangurów, po drugiej stronie globu też toczy się życie. Brat się zaręcza, siostrzeniec rośnie, koleżanki biorą śluby i rodzą dzieci. Nie przeżywa się wspólnych chwil z najbliższymi, w zamian za to opowiada się je sobie na wzajem na skype, a to nie to samo. Pod tym względem będąc na emigracji traci się najwięcej i trzeba pamiętać, że nigdy tego nie będzie można nadrobić. I z taką oto świadomością trzeba podejmować decyzje o każdym wyjeździe.

Tego lata spędziliśmy stosunkowo sporo czasu w Polsce, tak wyszło i w sumie dobrze bo tego też potrzebowaliśmy. Dobrze było znowu pobyć w miejscu w którym zna się każdy kąt, każdą uliczkę, a do okola same znajome kochane twarze. Wrócić do normalności… Ale zaraz zaraz jakiej normalności? Zapomniałam, że emigrant po przyjeździe do polski tak na prawdę nie wraca do normalnego życia, bo czy na wakacje przyjeżdża się do Polski? Nie, na wakacje normalnie to się wyjeżdża z Polski. A więc po powrocie nigdy nie jest już tak samo, wiele się zmienia, zmienia się też często definicja normalności. A do tego wszystkiego, nie ważne czy byłoby się w Polce tydzień, miesiąc czy dwa ciągle brak czasu, ciągle ma się to poczucie niedosytu. Ciągle wydaje się, że z kimś spędziło się nie wystarczająco czasu, ciągle zostają w głowie tematy na które brakło czasu.
Po jakimś czasie przychodzi jednak myśl, co dalej?
Nacieszyliśmy się wszystkimi, nasyciliśmy brzuszki polskimi smakołykami oraz głowy nowymi pomysłami i tyłek znowu zaczął swędzieć.Kolejne dni rozterek co dalej, gdzie dalej. Po długim pobycie w Polsce nasz budżet wymagał natychmiastowej naprawy ale nie bardzo wiedzieliśmy gdzie tym razem się udać. Jak zawsze podczas wizyty w Polsce, odezwał się też głos rozsądku ”a może tak czas ogarnąć się i zabrać się za swoje życie na poważnie?”. Głos rozsądku jednak miał marne szansę z chęcią przeżycia czegoś nowego. Padło na Anglię, która jak wiecie nie okazała się najlepszym miejscem dla nas. Pochłonęła nas praca, poza którą tak na prawdę nie mieliśmy życia, brak znajomych i słońca sprawił, ze pojawiły się wątpliwości. Czy na prawdę to jest to co chcemy robić w życiu. A może już nam się znudziło to całe życie na emigracji, może czas się spakować i wrócić? Wątpliwości wierciły dziurę w brzuchu. Racjonalnie byłoby w takim momencie zacząć szukać biletów powrotnych do polski, my jednak przekornie zaczęliśmy szukać ale możliwości pracy gdzieś indziej. Nie powiem wam dokładnie ile CV wysłaliśmy ale liczba sięga kilkuset i wcale nie koloryzuje. W taki o to sposób dostaliśmy, a raczej wywalczyliśmy możliwość pracy w Norwegii. Jeśli chcesz być szczęśliwym emigrantem musisz być też wytrwały i konsekwentny w swoich działaniach. Po mimo chwil zwątpienia działać dalej i realizować swój plan.

A co najzabawniejsze, możliwość ta zamiast radości przyniosła więcej łez i złości. Wcale nie skakałam ze szczęścia, że tu jadę, wręcz przeciwnie broniłam się rękami i nogami, żeby tutaj nie jechać. Bałam się kolejnego nowego miejsca, bałam się zaczynania ponownie wszystkiego od nowa, a przede wszystkim bałam się nowej pracy. Emigracje wysysają sporo energii, ciągle trzeba zaczynać praktycznie od zera. W totalnie nieznanym mieście trzeba znaleźć nowe mieszkanie oraz prace, otworzyć konto w banku, nabyć nowy numer telefonu z kompletnie pustą listą kontaktów. Jeszcze będąc w Anglii zarzekaliśmy się, że to jest ostatni kraj do którego się przeprowadzamy. Po zeszłorocznych świętach poza domem, tegoroczne mieliśmy spędzić z rodziną ale „wspaniała” możliwość wyjazdu do Norwegii, o którą o ironio, tak bardzo zabiegaliśmy, pokrzyżowała wszystko. Znowu trzeba było wybrać, a wybór był naprawdę nie łatwy. Emigracja to po raz kolejny ciężkie decyzje, wybory i kompromisy. Dobrze, że emigrujemy sobie tak we dwójkę i swoje chwile zwątpienia przeżywamy falowo, bo gdyby nie Marek to za pewne byśmy tutaj wcale nie wylądowali. A gdyby nie ja, to pewnie już by nas tu nie było, bo Marka dopadło dopiero tutaj. Jak to zawsze bywa początki są trudne więc znowu trzeba przejść przez etap poznawania wszystkiego i wszystkich, budowania nowych znajomości. Po raz kolejny pojawia się bariera językowa. A do tego wszystkiego kupa pracy i stresu.Pomimo tych wszystkich pięknych zdjęć, emigracja to często też dni, tygodnie a czasem tak jak to było w przypadku Islandii miesiące permanentnej nudy, kiedy nie dzieje się nic kompletnie ciekawego.

Z perspektywy prawie 3 lat spędzonych na emigracji możemy powiedzieć, że jedno jest pewne : emigracja to świetna szkoła życia. Dostarcza masę przeżyć, tych dobrych i tych złych.Pozwala sprawdzić siebie i swoje możliwości. Uczy doceniać to co się ma. Pokazuje jak ważna jest rodzina i przyjaciele. Zmienia hierarchie wartości. Na pewno nie jest dla wszystkich ale wszystkich czegoś jest w stanie nauczyć. My nie żałujemy i nigdy żałować nie będziemy, o plusach i zaletach emigrowania pisaliśmy, już wiele razy, więc tym razem już sobie darujemy. Dodam tylko, że, po mimo kilku minusów, życie na emigracji jest dla nas wciąż jedną wielką przygodą. 🙂

Jeśli dotrwaliście do końca i jeszcze pamiętacie początek tej notki, to już pewnie zdążyliście się zorientowaliście że użycie zdania „ W skrócie w naszym przypadku to wyglądało mniej więcej tak:” było tylko przenośnią…:)

 

Comments ( 2 )
  1. projektaustralia
    14 lutego 2015 at 20:23
    Reply

    Mam dokładnie tak samo- z jednej strony tyłek swędzi, świetnie jest gdzieś pojechać, jednak po pewnym czasie, zwlaszcza, kiedy w pobliżu nie ma znajomych, tęskni się i to bardzo. Podczas mojego pobytu w Holandii doceniłam moich bliskich. Na własnej skórze przekonałam się jak niesamowitą i jak ważną rzeczą jest przyjaźń. Nie ważne, ze przyjaciele nie zawsze są tacy, jak byśmy chcieli- wtedy docenia się ich i jeszcze bardziej kocha takimi, jakimi są. I mimo, ze wizja zamieszkania na stałe w pieknym, ciepłym kraju kusi, to jednak, czytając ten artykuł jeszcze raz utwierdziłam sie w przekonaniu, ze to Polska jest miejsce, gdzie chcę się osiedlić. Tu jest się zawsze swoim. Nikt, kto nie emigrował nie wie jak wspaniale jest słyszeć w okół język polski.

    • pozytywnyskok
      16 lutego 2015 at 12:14
      Reply

      Znamy ludzi, którzy świetnie się odnaleźli w nowej rzeczywistości i nie myślą o powrocie do Polski. My tak na prawdę jeszcze nie zdecydowaliśmy, na razie żyjemy chwilą, ale przyjdzie taki dzień kiedy trzeba będzie podjąć tę decyzję:) Polska jest piękna i mimo wielu wad, ma również wiele zalet:)

Leave a reply
Captcha Click on image to update the captcha .