Bangkok podejście drugie i ostatnie

Bangkok podejście drugie i ostatnie

Tak jak obiecywaliśmy wróciliśmy do Bangkoku. Czternastogodzinna podróż w autobusie dała nam w kość. Zostajemy wyrzuceni o piątej nad ranem gdzieś w okolicach Khao San Road, atakuje nas cała chmara taksówkarzy i kierowców tuk-tuków. Ratunku! Ciężko im wytłumaczyć, że nie jesteśmy zainteresowani ich usługami, podchodzą do nas jeden za drugim i nachalnie oferują transport. Przebijamy się przez tłum i ruszamy w poszukiwaniach noclegu.Jak zwykle nic nie zarezerwowaliśmy więc mamy małe obawy czy o tej porze uda nam się coś znaleźć. Okazuje się, jednak , że Bangkok o tej porze, tętni życiem, zwłaszcza w okolicznych barach. Miłym zaskoczeniem jest, iż w większości hoteli można zameldować się nawet i o tej kosmicznej porze jaką jest 5:00 nad ranem. Chwilę błąkamy się po uliczkach, szukając nie wiadomo czego, w końcu udaje się nam znaleźć miejsce, które spełnia nasze wymagania. Zmęczeni, padamy na łóżko i wciągu sekundy zasypiamy.

Po południu w końcu udaje się nam zwlec z łóżka.Pada. W sumie dobrze, chwila wytchnienia od upału dobrze nam zrobi i wreszcie jest czym oddychać. Muszę się przyznać, że zdarzyło mi się raz, no dobra może dwa razy, zatęsknić za islandzką pogodą a raczej za islandzkim świeżym, czystym powietrzem, za lekkim powiewem chłodu. W sumie nie powinnam się do tego przyznawać, po roku spędzonym w Islandii obiecaliśmy sobie, że nigdy nie będziemy narzekać na upał.A jednak. Tajlandzka pogoda potrafi być męcząca. Postanawiamy leniwie spędzić dzień, wypożyczy skuter i poznać lepiej Bangkok. Niestety okazuje się, że nie jest to możliwe w centrum Bangkoku, w sumie do tej pory nie wiemy czemu. Niby można wynająć ale gdzieś na obrzeżach miasta, więc nie bardzo nam się to opłaca. No nic, trzeba się przeprosić z komunikacją miejską. Jest to zdecydowanie najtańszy środek transportu, co prawda czasem trzeba chwile poczekać no ale przecież nigdzie nam się dzisiaj nie spieszy:) Uderzamy na największy i chyba najsłynniejszy market w Bangkoku- Chatuchak. W autobusie spotykamy parę, Dean z Angli i Kristin z Nowej Zelandii.Doceniamy dodatkowy plus komunikacji miejskiej- możliwość nawiązania nowych znajomości. Market okazuje się jeszcze większy niż go opisywali i jeszcze bardziej zatłoczony niż nam się wydawało. Faktycznie można znaleźć tutaj wszystko, ubrania, tkaniny, pamiątki, wiewiórki jak i małe jeże. Jest też sporo straganików z jedzeniem i owocami. Oczywiście te atakujemy już na samym początku. Błąkając się po straganach, niespodziewanie wpadamy na parę Holendrów poznanych na Koh Phi Phi. Ciekawy zbieg okoliczności, gdybyśmy się tutaj umówili, na pewno nie bylibyśmy wstanie się odnaleźć.

DSCF7465

DSCF7466

 

DSCF7474

DSCF7480

Market Chatuchak zdecydowanie zasługuje na miano największego, warto go odwiedzić i zobaczyć na własne oczy, jest fajnym miejscem ale tylko na chwilkę.
Nasuwa mi się teraz taka mała dygresja odnośnie Tajów, w sumie nie do końca na temat ale już kiedyś chciałam o tym napisać. Większość Tajów pracujących w wszelkich rodzajów usługach w miejscach turystycznych jest bardzo, bardzo miła ale tylko do czasu, a mianowicie do czasu kiedy widzą w nas potencjalny zarobek. Niestety jeśli tylko chcemy uzyskać jakieś informacje niekoniecznie kupować, nie bardzo możemy liczyć na ich pomoc. Czasem i nawet spotykamy się z ignorancją i totalną olewką. Przykre to no ale co zrobić. Jest jeszcze jedna grupa Tajów, która z turystyką nie ma nic wspólnego, z ich strony zawsze mogliśmy liczyć na pomoc. Tyczy się to też Tajów z miejsc mniej popularnych turystycznie, tam też częściej spotykamy się z miłą reakcją. To tylko taka nasza subiektywna opinia, wyciągnięta na podstawie tak na prawdę nie wielkiego doświadczenia. Może po prostu mieliśmy nie farta?

Po woli nasza podróż zbliża się ku końcowi. Dzisiaj jest ten dzień, kiedy nie wiele się dzieje, nie wiele robimy, po prostu obserwujemy Bangkok i ich mieszkańców. A no i zajadamy się tajskimi przysmakami. Jest w czym wybierać. Numerem jeden dla Marka jest smażony ryż z kurczakiem i warzywami- koniecznie z ulicznego straganu. Ja wciąż nie mogę się zdecydować, jako łakomczuch słodkości muszę tutaj zarekomendować, tajskie naleśniki z bananem i czekoladą albo suszone banany z masłem- pychotka! Wieczorem chcemy zobaczyć słynny tajski boks, niestety zeszło nas troszkę za długo na delektowaniu się tajskim jedzeniem, okazuje się, że bilety zostały już wyprzedane, teraz możemy tylko liczyć na miejsca vip- a te są dla nas za drogie. No cóż, następnym razem.Przecież nie da się wszystkiego zobaczyć w dwanaście dni.

 

W takim razie idziemy na piwko. Na Khao San Road zabawa trwa. Zresztą jak każdej nocy. Uliczni sprzedawcy oferują garnitury szyte na miarę, zachęcają do skosztowanie suszonych skorpionów i innych przysmaków, kierowcy tuk-tuków nachalnie namawiają do odwiedzenia klubów go-go, a dziewczyny(i nie tylko ;)) zapraszają do skorzystania z tajskiego masażu. Jak pewnie większość z was wie, Tajlandia słynie z frywolnego podejścia do seksualności. Słynie również z Ladyboyów,nie trudno ich tutaj spotkać, tak samo nie trudno rozpoznać. Najczęściej pod toną makijażu i kolorową sukienką łatwo dostrzec typowo męskie rysy twarzy i męską budowę ciała. Zastanawiający jest fakt, że zmiany płci są popularne głównie wśród mężczyzn. Nigdy nie mieliśmy okazji spotkać kobiety która postanowiła być mężczyzną, albo po prostu jej nie rozpoznaliśmy?

Tak Tajlandia to ciekawy kraj.

DSCF7484

Leave a reply
Captcha Click on image to update the captcha .